sobota, 26 października 2013

Kolory

Jedna mała dziewczynka tłumaczyła mi kiedyś, że niebieski nie jest dla dziewczyn, a różowy nie dla chłopaków. Czarny jest chłopięcy, chociaż czarny to również kolor wyrafinowanych kobiet. Nie słuchała, że kolory to kolory i każdy może sobie nosić co chce. Dlaczego z reszta miałaby mnie słuchać, skoro takiego podziału nauczyła ją mama. A mama dla małej dziewczynki to przecież wyrocznia. Z tym podziałem spotykam się często teraz, kiedy sama mam dziecko. Widzę małe dziewczynki wystrojone na różowo od stóp do głów, jak gdyby nie istniały inne kolory. Widzę chłopców w szarościach i brązach i nie zgadzam się na to. Dzieci lubią żywe kolory, intensywne. Ubieram Młodego jak dziecko, nie jak małego dorosłego, a z podziałów kolorystycznych nic sobie nie robię. Nie zabiorę dziecku całej tęczy kolorów na rzecz szarości i burości tylko dlatego, że te są "chłopięce". Z resztą, każdy ma swoje wyobrażenie o tych podziałach i tak kiedy robiłam małemu czapkę biało czerwoną jedna osoba powiedziała mi, że to chłopcu nie pasuje. Młody nosi czapkę i wzbudza zachwyt.


A ponieważ październik jeszcze nie minął, a jest to miesiąc walki z rakiem piersi:


Ciekawe co noszą ci nieprawdziwi...

niedziela, 20 października 2013

Jesień na Brooklynie

Już wklepałam super-duper przydługi wpis w moim telefonie, już publikuję, i co? "Coś poszło źle, spróbuj jeszcze raz." Nawet wersja robocza się nie zachowała. No @#$%^!!!
No coż, może chociaż zdjęcia?








środa, 16 października 2013

Infografika dla Michalika

W świetle ostatnich wypowiedzi biskupa Michalika na temat pedofilii w kościele (tu i tu), doszłam do wniosku, że biedny biskup MUSI mieć jakiś uraz mózgu. Nie ma się co wyżywać na chorym, trzeba mu pomóc. Zainspirowana tym wykresem stworzyłam własny. Kolorowe obrazki czasem lepiej trafiają do niektórych, niż najprostsze tłumaczenia. Może macie pomysł jak to teraz Michalikowi przekazać?
 

poniedziałek, 2 września 2013

Nadszedł Wrzesień

Żyjemy sobie pomalutku, po cichutku. Czas biegnie, lato dobiega końca. Mama, która jest nieocenioną pomocą, niedługo pojedzie, ale na razie cieszę się jej obecnością. Cieszy się też młody, który naprawdę ją uwielbia i serce boli jak pomyślę, że nie będzie jej miał już na co dzień.

Do pracy na razie postanowiłam nie wracać, bo młody jest jeszcze za młody, a i ze żłobkiem się coś pokomplikowało. Żłobki są na Brooklynie bardzo drogie, zapisywać się trzeba dużo wcześniej i niestety jedyny do którego byłam przekonana nie miał już miejsc od września. Reszta to takie w zasadzie przedszkola, gdzie jedna lub dwie panie opiekują się dziećmi w różnym wieku. Większość na moje pytanie odpowiada, że nie ma aż tak małych dzieci, ale mają licencję i miejsce można zrobić dla takiego malucha. Niestety ktoś z tak małym doświadczeniem z niemowlakami mnie nie przekonuje, a na dochodzącą nianię mnie nie stać. Nic to, wrócę od przyszłego semestru. Za tym przemawia tez fakt, że młody jest cały czas karmiony wyłącznie piersią.

Tymczasem cieszę się czasem, który spędzam z małolatem. Staram się mamę zabierać tu i ówdzie, ale to straszna męczarnia poruszać się po Nowym Jorku z dzieckiem w wózku. Prawie nigdzie nie ma wind, schody są strome, a wózek ciężki.

Młodego po obejrzeniu Hotelu Transylwania nazywamy Srakulą, co bardzo do niego pasuje. I ta wampirowata i  ta srakulowata część.

Czytam niestety mało, ale za to oglądam polskie seriale z mamą. Zauważyłam, że grają w nich prawie ci sami aktorzy. Jest zwłaszcza jeden taki niewysoki z ciemnymi włosami, który pojawia się wszędzie. Ci, którzy mają telewizję na pewno wiedza o kogo chodzi, a sprawdzać mi się nie chce. W jednym z oglądanych seriali występują ci sami aktorzy w różnych rolach. I na przykład super ładna blondynka gra najpierw właścicielkę salonu kosmetycznego, a później ekscentryczną malarkę. Rudowłosy młodzieniec najpierw ginie w wypadku motocyklowym, a później gra syna bogatego biznesmena. Czyżby zupełnie brakowało aktorów? Jedno muszę przyznać tym serialom. Życie w nich jest prostsze, mało szarości, wątpliwości brak: albo coś jest złe, albo dobre i już. Szkoda, że rzeczywistość nie jet taka prosta.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Łszy i wszy, czyli czytamy Konopnicką

W czytaniu zaniedbałam się ostatnio z powodu braku czasu, a może raczej z powodu lepszych wrażeń i rozrywek. Dla siebie czytam więc niewiele, za to Młodemu czytam codziennie. Oscar uwielbia jak mu czytać pomału, wyraźnie, a nawet przesadnie, wymawiając wyrazy i raz po raz spoglądając w jego stronę. Jak jest rozbudzony to czytamy sobie głośno, pokrzykujemy przy każdym wykrzykniku i śmiejemy w głos nawet jak nie jest do śmiechu. Kiedy zasypia czytam stłumionym głosem, głaszcząc go po główce, a on pomału przysypia uśmiechając się i ziewając na przemian. Czytam mu prawie wyłącznie po polsku. Doszłam do wniosku, że angielskiego i tak się dobrze nauczy, a trzeba mu zaszczepić chęć mówienia i czytania po polsku. Jeśli nie miłość, to choć sympatię do języka.

Ostatnio czytamy więc "O krasnoludkach i sierotce Marysi" Konopnickiej. Nie wiem, czy pamiętacie tę książkę, ale jeśli nie, to powiem szczerze, że warto przeczytać. Jakim cudnym językiem jest ona pisana! Ileż pięknych imiesłowów. Najeżona jest tymi wszystkimi "powiedziawszy", "usiadłszy" i "wysłuchawszy", że aż nieprzyzwyczajony język się plącze. A zdania jaki długachne, złożone. Zobaczcie na przykład to: "Lud w tej krainie tak jest wojenny i mężny, iż drobne dzieci pieką w gorącym popiele kartaczowe kule, które gdy w żarze z trzaskiem pękać poczną, co jest całkiem niebieskiemu grzmotowi podobne, wtedy chłopcy, od pieluch już śmiercią gardzący, a i mdłe dziewczątka nawet, wygrzebują one pękające z okrutnym hukiem kartacze i dymiące jeszcze wprost do gęby kładą."
Nie piękne?