środa, 1 lutego 2012

Tego Nie Robi Się... Nam Wszystkim

wtorek, 31 stycznia 2012

Chaotyczne Zapiski Pooperacyjne

We wtorek nie mogłam jeść już przed południem, pić tylko do północy.  W dniu operacji głodna i spragniona i bardzo śpiąca pojechałam, a raczej zostałam zawieziona przez J. do szpitala. Miałam tam być o szóstej rano, ale przyjęto mnie pół godziny później. Dziewczyna, która zajmowała się papierkową robotą była oschła i nieprzyjemna i nie powinna pracować w szpitalu. Nic mi w sumie złego nie powiedziała, ale zdenerwowana i przestraszona człowiek powinien mieć styczność z ludźmi miłymi i przyjaźnie nastawionymi. Nastawienie tej pani da się skwitować jednym zdaniem: "Mam w dupie po co tu jesteś i kim jesteś odfajkuje co trzeba i pójdę wreszcie na kawę". Kawą i pączkami pachniało z reszta cały czas i myślałam, że padnę z głodu. Potem poszło już wszystko bardzo szybko.

Zaprowadzono nas na górę. Ja dostałam wdzianka, w które się przebrałam. I zaraz zabrano nas do pokoju przygotowań. Co i rusz do mojego łóżka podchodzi ktoś zadając te same pytania: imię, nazwisko, data urodzenia po co tu jesteś, kto jest twoim lekarzem. Każda pielęgniarka przedstawiła się z osobna mówiąc co dokładnie będzie robić przy mojej operacji. Później przyszedł lekarz w świetnym humorze. Zaraz potem dwóch anestezjologów, zadawali te same pytania. Podłączyli mnie do kroplówki i zaczęli do mnie gadać. Jeden z nich zaczął opowiadać mi ze szczegółami co będą robić wymachując przy tym rękoma: "Rozumiesz, to będzie bardzo hi-tech operacja. Zrobimy tylko takie malusieńkie dziurki i powkładamy tam instrumenty i ciach ciach . To będzie jak film  science fiction. Co? Widziałaś na youtube jak to się odbywa? No. to dokładnie tak samo. Veeeryy cool." Nie wiem, co mnie bardziej rozluźniło, to jego gadanie, czy kroplówka, pod którą mnie podłączyli. Zaraz poczułam się bezpieczniej i mniej zestresowana- to chyba kroplówka.

Potem już tylko buzi buzi z J. i zawieźli mnie na salę operacyjną. Boziuniu, jak tam było zimno. Poprzyczepiali mnie do różnistych instrumentów- na palce, na klatkę piersiową, masażer na łydki.  I ostatnie słowa: "Weź głęboki wdech" i urwał mnie się film. Pamiętam, że śniło mi się coś bardzo przyjemnego. Zawsze zastanawiałam się czy ludzie śnią pod narkozą- ja śniłam. Nie pamiętam dokładnie co, ale pamiętam uczucie radości i szczęścia przez chwilę po przebudzeniu. Potem zaraz zrobiło mi się okropnie zimno. Nic dziwnego, byłam golusieńka. Po co budzili mnie zanim przykryli to ja nie wiem. Moje pierwsze słowa to były "To już? Strasznie tu zimno." Resztę pamiętam przez mgłę. Zawieźli mnie gdzieś. Pielęgniarka poprawiała mnie co chwilę. A to poduszkę a to nogi, a to mnie pogłaskała po głowie. Czułam się jak dziecko, którym zajmuje się mamusia.

Wypisano mnie do domu tego samego dnia, co później okazało się błędem. Ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałam, bo byłam cały czas otępiała przez narkozę. W domu głównie spałam, z wyjątkiem nocy, kiedy to jeździliśmy jeszcze dwa razy do szpitala. W czwartek byłam już znów w domu- poirytowana i obolała.

Teraz czuję się coraz lepiej, chociaż sporadycznie nadal potrzebuje leków przeciwbólowych. Najgorsze były dwa dni po operacji- ból, gorączka i stres. Nie mogłam sama nawet podnieść się z łóżka- nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że potrzebne do tego są mięśnie brzucha. Poza tym dopiero teraz zorientowałam się jak często zachłystuję się jedzeniem, powietrzem czy własną śliną :) Boli strasznie jak trzeba odkaszlnąć. Boli też jak się człowiek śmieje, a J. i znajomi, którzy mnie odwiedzali strasznie mnie rozśmieszali. No i J. czytał mi na głos Bossypants, weź się człowieku nie śmiej.
Emocjonalnie też nie byłam sobą. Najmniejsze rzeczy doprowadzają mnie do łez, jak  rozsypany żwirek w łazience, czy ten artykuł w gazecie. Takie coś zawsze mnie wkurza, nigdy nie doprowadza do płaczu. Chodzę już w miarę normalnie, ciągle przypominając sobie o tym, żeby się prostować. Bardzo się nadal męczę i nie mogę się schylać. Lekarz zadzwonił dziś do mnie sprawdzić jak się czuję i powiedział, że to normalne- straciłam w końcu trochę krwi. Mój brzuch jest nadal napompowany i opuchnięty. Mam pięć rozcięć- w pępku i po bokach. I nie mogę się nadziwic jak wspaniale skonstruowane jest ludzkie ciało.
Teraz już prawię czuję się dużo normalniej i korci mnie, żeby wybrać się na Manhattan, bo ludziska nie wiecie jak mi już brwi zarosły. Chyba na razie sobie jednak muszę darować, bo po spacerku długości dwóch bloków musiałam się przespać ze zmęczenia.

niedziela, 22 stycznia 2012

Smarkata

W piątek wyszłam sobie na drinka, a właściwie na piwko, bo akurat mnie na Guinnessa wzięło. Zimno było jak cholera, ale co to dla mnie. Ubrałam się w moją kurtkę- śpiwór i dawaj. Koleżanki dawno nie widziałam, więc jak się rozochociłyśmy to na jednym piwku się nie skończyło, a już któreś tam z kolei to barman nam sam postawił. Do baru weszłyśmy jak było pusto, w międzyczasie był tłok, a wyszłyśmy jak już znów opustoszało.

Jak wstałam rano to czułam się trochę nieswojo, ale miałam wytłumaczenie- to po piwku. Niestety szybko okazało się, że dopadło mnie jakieś przeziębienie. Połamało mnie zupełnie. Nałykałam się witamin i innych cudów, co to jak trucizny smakują. Obrzydliwe to takie, że aż wykręca. J. zrobił mi rosół tak pyszny, że zjadłam talerz i dokładkę i jeszcze było mało. Musi minąć w tempie natychmiastowym, bo przecież będą mnie ciąć w środę i jakby nie minęło to odwołają, a ja to już naprawdę chcę mieć za sobą.

Byłam w szpitalu w środę i przebadali mnie od góry do dołu. Kazali odpowiadać na setki pytań, nakłuwali, podłączali pod aparaturę i musiałam podpisać papierek, że ktoś odbierze mnie następnego dnia. Jednak będę musiała zostać na noc. Średnio podoba mnie się ta perspektywa, ale jak trzeba to zostanę.

Na koniec chciałabym wszystkim babciom i dziadkom życzyć wszystkiego najlepszego z okazji ich dnia. Ja już nie mam żadnych babć ani dziadków, ale J. ma babcie i zawsze nam się z nią fajnie gada przez telefon.

sobota, 21 stycznia 2012

Polski Konsulat w Nowym Jorku

Spacerując ostatnio po Manhattanie J. zauważy, że jesteśmy w pobliżu konsulatu.
"Naprawdę? Ja tam nigdy nie byłam" stwierdziłam.
"I dobrze, dłużej pożyjesz." odpowiedział rezolutnie.
Mimo tego, że nigdy nie miałam potrzeby pójść do konsulatu, to wiem z opowiadań co to za koszmarne miejsce. Historie o opryskliwości urzędników, wielkich kolejkach i jeszcze większym bałaganie są powszechnie znane.
Tym niemniej polska flaga reprezentuje się pięknie na tle czystego nowojorskiego nieba.




Wygrałam!!!!

czwartek, 19 stycznia 2012

Znak Czasów

Kiedyś była tam elegancka restauracja...

 
Teraz jest Apple Store...

Nie jest źle, dopóki ktoś nie wpadnie na genialny pomysł, żeby zamienić zegar na elektroniczny. Koniecznie z wielkim logo :)

piątek, 6 stycznia 2012

Fascynujce


 Operacja umówiona na 25 stycznia. Najpierw trzeba będzie oczywiście iść na szczegółowe badania, co mam zrobić 18, bo chcą sprawdzić, czy człowiek nadaje się do cięcia. No i będą ciąć. Pięć małych nacięć na brzuchu, ma być nawet nie widać po kilku miesiącach. Później trochę na środkach przeciwbólowych i mam być jak nowa. Obejrzałam sobie w ogóle taką operację na filmiku youtube i doszłam do wniosku, że to jest super fajna sprawa. Nacinają człowieka, napompowują, tną co potrzeba, wysysają takim mini odkurzaczem i zszywają z powrotem. Prawie nie ma przy tym krwi, przynajmniej w porównaniu do tego samego zabiegu drogą standardową, który też obejrzałam. Ciekawość, no co.  Człowiek może iść do domu już następnego dnia.  Mówię Wam, fascynujące. 

 Tymczasem mam kilka tygodni wolnego od szkoły, bo zajęcia zaczynają się pod koniec stycznia. Od pracy też mam wolne, bo mój szef doszedł do wniosku, że biznes nie idzie mu tak jak by chciał i stwierdził, że może mnie ewentualnie zatrzymać na part time. Nie bardzo mam na razie wybór, no to mam mniej pracy. Postanowiłam się w ogóle niczym nie przejmować i relaksuje się po prostu i nadrabiam zaległości w czytaniu. Postanowiłam, że to będzie świetny rok i nic mi go nie zepsuje :)


wtorek, 3 stycznia 2012

W 2011 przeczytałam...

2011 to nie był zły rok. Zrobiłam całkiem sporo, zrealizowałam większość planów. Nie był ekscytujący, nie wydarzyło się nic ciekawszego od wycieczki na plaże, czy długu w bibliotece. Nie będę podsumowywać, bo nie ma za bardzo o czym mówić.
W zeszłym roku przeczytałam mniej książek niż bym chciała i zdecydowanie mniej dobrych, czy zachwycających książek niż mój czas na to pozwolił. Dla mnie dobra książka to taka o której sobie jeszcze czasem rozmyślam nawet kilka miesięcy po przeczytaniu. Szkoda, że nie wiem czy książka jest świetna zanim po nią sięgnę, to by oszczędziło mi sporo czasu i rozczarowań. Zwłaszcza, że jakoś tak mam, że jak już książkę zacznę to ją zazwyczaj doczytam do końca bez względu na to jak mnie męczy. To trzeba zmienić i nawet kilku w tym roku nie doczytałam do końca (czytaj: dwóch). Na następny rok życzę sobie, aby dobre książki stanowiły więcej niż 20% tego co przeczytam.
Te dobre w tym roku to były, w kolejności czytania:
1. Anna Karenina- Tołstoja. Lepiej późno niż wcale i jeśli ktoś z Was jeszcze nie czytał to zachęcam (za darmo na kindle i innych e-readers).

2. The Murderer's Daughters- Randy Susan Meyers.

Książka została wydana w wielu językach jednym z nich jest polski. Niestety polskie wydawnictwo zrobiło błąd w nazwisku autorki, oraz błędnie podaje, że książka jest autobiograficzna. Powstała ona w oparciu o prace autorki w pomocy socjalnej, ale nie jest ani autobiograficzna, ani nie opisuje prawdziwych wydarzeń.
Jest to historia dwóch dziewczynek, których ojciec zabija matkę. Ich perypetie są naprawdę wciągające, a autorka opisuje ich przeżycia bardzo wiarygodnie.





3. The Secret Life of Bees- Sue Monk Kidd.
Też wydana po polsku. Pojawiła się tez ekranizacja.Książka o kobietach, rasistowskiej Ameryce i kobietach jeszcze raz. Przykro mi było ją kończyć.










4. The Namesake- Jhumpa Lakiri.
Rownież do znalezienia po polsku. Opowieść o poszukiwaniu własnego ja, napisana z humorem i jakże pięknym językiem. Tym bardziej interesująca bo wprowadzająca w nieznany świat bengalskich emigrantów.









5. Once Upon A River- Bonnie Jo Campbell.
Nie znalazłam po polsku. Po książkę warto sięgnąć z wielu względów. Jednym z nich niech będzie to, że jest o dziewczynie, która w nieszczęściach swojego młodego życia nie szuka ratunku u mężczyzn. Nie śni o pięknym rycerzu, chociaż pewnie takim by nie pogardziła ( a która by pogardziła :)). Nie marudzi, jest silna i lubi seks.







Miłego czytania.

piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych...


Życzę Wam, byście pod choinką znaleźli dokładnie to czego Wam potrzeba.
Wesołych Świąt!
PS. Uwielbiam moją choinkę :)

czwartek, 22 grudnia 2011

Pod nóż

Semestr się skończył, ale chyba nie będzie mi dane zaznać świętego spokoju. Umówiłam się wreszcie na styczniową operację. Umówiłam się i nadal mam wątpliwości. Możliwe, że jeszcze odwołam, bo zastanawiam się nad Da Vinci. To taki robot, który pomaga chirurgom operować w środku człowieka przez małe nacięcia. Problemem może być termin na taką operację no i to, że mój lekarz tego nie zrobi, więc czekać mnie mogą kolejne wizyty i kolejne badania i kolejne czekanie, blach.
A zaczęło się tak: Potrzebuje pani toto usunąć. Ok. Jestem za, to kiedy. To ja powiem siostrze żeby ustaliła datę ze szpitalem i oddzwonimy. Nikt nie oddzwonił. Znalazłam innego lekarza, ale badania już miałam porobione, więc trzeba je było tylko przefaksować. To też okazało się za trudne. Po kilku tygodniach mojego wydzwaniania badania przesłano i wreszcie miałam moja wizytę u "najlepszego specjalisty w NY". Wizytę miałam wczoraj i jeszcze w poczekalni na kolanie rozwiazywałam zadania i udowadniałam twierdzenia, bo ostatnie zajęcia miałam wieczorem.
Pogadaliśmy trochę i nawet go polubiłam, aż on mi mówi, że nie robi operacji komputerowo i decyzja należy do mnie, czy chcę operację już teraz, czy za kilka miesięcy u innego lekarza, ale wtedy gojenie może być lepsze. Szczery przynajmniej był, bo powiedział mi też, że nie robi tego już bo za bardzo to było dla niego męczące. Nie każdy może operować tyle godzin, a tradycyjna metoda jest szybsza. Hmmmm. Najchętniej to miałabym tę operację już jutro, bo im dłużej czekam, tym czarniejsze scenariusze są w mojej głowie. Z drugiej strony jeśli mam się lepiej czuć po robocie, to może trzeba czekać. I chociaż blizny nie są moim największym zmartwieniem, to jednak lepiej jak będą najmniejsze.
Święty Mikołaju w tym roku proszę tylko o odrobinę spokoju i wprawna rękę chirurga.