W czytaniu zaniedbałam się ostatnio z powodu braku czasu, a może raczej z powodu lepszych wrażeń i rozrywek. Dla siebie czytam więc niewiele, za to Młodemu czytam codziennie. Oscar uwielbia jak mu czytać pomału, wyraźnie, a nawet przesadnie, wymawiając wyrazy i raz po raz spoglądając w jego stronę. Jak jest rozbudzony to czytamy sobie głośno, pokrzykujemy przy każdym wykrzykniku i śmiejemy w głos nawet jak nie jest do śmiechu. Kiedy zasypia czytam stłumionym głosem, głaszcząc go po główce, a on pomału przysypia uśmiechając się i ziewając na przemian. Czytam mu prawie wyłącznie po polsku. Doszłam do wniosku, że angielskiego i tak się dobrze nauczy, a trzeba mu zaszczepić chęć mówienia i czytania po polsku. Jeśli nie miłość, to choć sympatię do języka.
Ostatnio czytamy więc "O krasnoludkach i sierotce Marysi" Konopnickiej. Nie wiem, czy pamiętacie tę książkę, ale jeśli nie, to powiem szczerze, że warto przeczytać. Jakim cudnym językiem jest ona pisana! Ileż pięknych imiesłowów. Najeżona jest tymi wszystkimi "powiedziawszy", "usiadłszy" i "wysłuchawszy", że aż nieprzyzwyczajony język się plącze. A zdania jaki długachne, złożone. Zobaczcie na przykład to: "Lud w tej krainie tak jest wojenny i mężny, iż drobne dzieci pieką w gorącym popiele kartaczowe kule,
które gdy w żarze z trzaskiem pękać poczną, co jest całkiem
niebieskiemu grzmotowi podobne, wtedy chłopcy, od pieluch już śmiercią
gardzący, a i mdłe dziewczątka nawet, wygrzebują one pękające z okrutnym
hukiem kartacze i dymiące jeszcze wprost do gęby kładą."
Nie piękne?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 lipca 2013
wtorek, 4 czerwca 2013
Książki Polecam
Czytając post blogowy jednej z lubianych przeze mnie autorek zauważyłam coś o sobie. Otóż polecam książki bo jeśli coś zapadło mi w pamięć to chcę, żeby moi znajomi też to przeczytali. Nie pisze oficjalnych, właściwych recenzji. To za dużo męczarni nie psując zakończenia, nie wdając się zbytni w szczegóły. Zawsze piszę jednak parę słów. Czuję, że jak coś mnie się spodobało to jestem jednak winna autorce lub autorowi kilka dobry słów. A i sama lubię kiedy znajomi polecają książki. Przeczytałam w ten sposób kilka perełek.
Polecam zatem ostatnio czytaną przeze mnie książkę. "The Painted Girls" to powieść historyczna, której akcja rozgrywa się w dziewiętnastowiecznej Francji. Autorka wzięła kilka faktów zmieszała je w swojej wyobraźni i wyszła z tego całkiem ciekawa mieszanka. Jest i miłość siostrzana i romantyczna, jest zbrodnia i zdrada. Zazwyczaj nie czytam powieści historycznych, ale tę dostałam od wydawcy przez goodreads. Darmowe książki to jeden z powodów korzystania z tego serwisu.
Polecam zatem ostatnio czytaną przeze mnie książkę. "The Painted Girls" to powieść historyczna, której akcja rozgrywa się w dziewiętnastowiecznej Francji. Autorka wzięła kilka faktów zmieszała je w swojej wyobraźni i wyszła z tego całkiem ciekawa mieszanka. Jest i miłość siostrzana i romantyczna, jest zbrodnia i zdrada. Zazwyczaj nie czytam powieści historycznych, ale tę dostałam od wydawcy przez goodreads. Darmowe książki to jeden z powodów korzystania z tego serwisu.
czwartek, 24 stycznia 2013
Stephen King
Naszło mnie na Stephena Kinga. Nagle i bez ostrzeżenia mam ochotę poczytać drastyczne opisy tortur i morderstw. Nie wiem skąd mi mi się to wzięło, ale jak jest to akceptuję i zabieram się do czytania.
Stephen King ma chyba tylu wielbicieli, co krytyków, ci ostatni to zwłaszcza profesorowie literatury, którzy nigdy niczego nie wydali.
Jeśli o nie chodzi to sama nie wiem czy lubię jego pisanie czy nie. Czytałam coś dawno, bardzo dawno temu i w sumie podobało mi się, ale bez zrywania się po nocach. A przyznacie sami: co to za horror, po którym śpi się jak dziecko? A może ja mało bojaźliwa jestem?
Jedyną książką, która nie dała mi spać po nocach były "Szepty" D. Koontza, ale byłam wtedy dużo młodsza. Nie wiem, czy teraz tez bym się bała...
Stephen King ma chyba tylu wielbicieli, co krytyków, ci ostatni to zwłaszcza profesorowie literatury, którzy nigdy niczego nie wydali.
Jeśli o nie chodzi to sama nie wiem czy lubię jego pisanie czy nie. Czytałam coś dawno, bardzo dawno temu i w sumie podobało mi się, ale bez zrywania się po nocach. A przyznacie sami: co to za horror, po którym śpi się jak dziecko? A może ja mało bojaźliwa jestem?
Jedyną książką, która nie dała mi spać po nocach były "Szepty" D. Koontza, ale byłam wtedy dużo młodsza. Nie wiem, czy teraz tez bym się bała...
sobota, 12 stycznia 2013
The Hobbit, czyli jak mnie dupsko rozbolao od siedzenia
Hobbita widzieliśmy jeszcze w grudniu, ale to był zwariowany czas i nie bardzo miałam chęci i energię na pisane czegokolwiek.
Poszliśmy do kina na wieczorny seans, weszliśmy trochę wcześniej żeby zając dobre miejsca. Film zaczął się z godzinnym opóźnieniem, a krzesełka były jedne z najbardziej niewygodnych. Kiedy już seans się rozpoczął byłam więc nieźle poirytowana bo plecy i dupsko zaczynały dawać znać o sobie.
Film był w technologii IMAX i full wypas, ale okulary, które dostaliśmy były do niczego. Po pierwsze były strasznie niewygodne i wrzynały mi się za uszami. Po drugie światła kinowe (na schodach czy po bokach) odbijały się w okularach wymagając określonej pozycji głowy. Co w zestawieniu z super niewygodnym siedzeniem było nie do zniesienia. Uważam, że jak się bierze taką kasę za bilet to chociaż okulary mogłyby być porządne, nie jakieś badziewie.
Ale wróćmy do samego początku filmu.Jak się juz łaskawie raczył rozpocząć to nie mogłam sie doczekac, aż się naprawdę rozpocznie. Serio. Sam początek to takie pitu pitu- Bilbo chodz na przygode, nie pojde na żadną wyprawę Gandalfie Hobbity nie lubią przygód. Ależ Bilbo sie zmieniłeś, nie i już Gandalfie, ok to nie, a to jednak tak. Serio, pitu pitu biesiaduja, pitu pitu bałagania, pitu pitu widz ziewa.
Po jakiejś godzinie dopiero zrobiło się ciekawiej, czyli jak już wyruszyli na te cholerną wyprawę. I wtedy było fajnie. Prawie okulary przestały mi przeszkadzać :) Efekty były na tyle dobre, że kilka razy naprawdę miałam wrażenie, że coś leci w moją stronę i przymykałam oczy.
Zapomniałam tez prawie o niewygodzie siedzeń, chociaż przyznam, że wierciłam się jak dziecko i ciesze się, że nikt przede mną nie siedział, bo zakładałam nogi na siedzenie naprzeciwko. Ale ja teraz ogólnie mam tak, że mi niewygodnie.
Podsumowując: Hobbita polecam mimo wszystko. Seans jest przydługi, ale jak sie przebrnie przez początek, to warto.
Poszliśmy do kina na wieczorny seans, weszliśmy trochę wcześniej żeby zając dobre miejsca. Film zaczął się z godzinnym opóźnieniem, a krzesełka były jedne z najbardziej niewygodnych. Kiedy już seans się rozpoczął byłam więc nieźle poirytowana bo plecy i dupsko zaczynały dawać znać o sobie.
Film był w technologii IMAX i full wypas, ale okulary, które dostaliśmy były do niczego. Po pierwsze były strasznie niewygodne i wrzynały mi się za uszami. Po drugie światła kinowe (na schodach czy po bokach) odbijały się w okularach wymagając określonej pozycji głowy. Co w zestawieniu z super niewygodnym siedzeniem było nie do zniesienia. Uważam, że jak się bierze taką kasę za bilet to chociaż okulary mogłyby być porządne, nie jakieś badziewie.
Ale wróćmy do samego początku filmu.Jak się juz łaskawie raczył rozpocząć to nie mogłam sie doczekac, aż się naprawdę rozpocznie. Serio. Sam początek to takie pitu pitu- Bilbo chodz na przygode, nie pojde na żadną wyprawę Gandalfie Hobbity nie lubią przygód. Ależ Bilbo sie zmieniłeś, nie i już Gandalfie, ok to nie, a to jednak tak. Serio, pitu pitu biesiaduja, pitu pitu bałagania, pitu pitu widz ziewa.
Po jakiejś godzinie dopiero zrobiło się ciekawiej, czyli jak już wyruszyli na te cholerną wyprawę. I wtedy było fajnie. Prawie okulary przestały mi przeszkadzać :) Efekty były na tyle dobre, że kilka razy naprawdę miałam wrażenie, że coś leci w moją stronę i przymykałam oczy.
Zapomniałam tez prawie o niewygodzie siedzeń, chociaż przyznam, że wierciłam się jak dziecko i ciesze się, że nikt przede mną nie siedział, bo zakładałam nogi na siedzenie naprzeciwko. Ale ja teraz ogólnie mam tak, że mi niewygodnie.
Podsumowując: Hobbita polecam mimo wszystko. Seans jest przydługi, ale jak sie przebrnie przez początek, to warto.
niedziela, 25 listopada 2012
Room
Długi weekend jak szybko przyszedł, tak szybko się kończy. Tak niestety jest ze wszystkim co dobre. Ja ani nie świętowałam, ani nie zrobiłam zaplanowanych porządków, ani nie skorzystałam z piątkowych przecen. Trochę to za sprawą mojego lenistwa, a trochę z powodu dokuczliwej infekcji. Jedno dobre z tego weekendu przyszło. Przeczytałam "Room" Emmy Donoghue. Czekał na mnie od dwóch lat, ale ciągle znajdowałam coś innego, ciekawszego. Polecam książkę zacząć czytać bez czytania recenzji, bez żadnego opisu. Książka na jeden, maksymalnie dwa wieczory, ale warto.
&ext=.jpg)
czwartek, 14 czerwca 2012
Na Potęgę
Gubię karty biblioteczne. Tak już mam. Co i rusz się zawierusza i potrzebuję nowej. Normalne procedura to przyjście z dokumentem tożsamości i zapłacenie kary. Ja nigdy kary nie płaciłam, bo dobra dusza litowała się nade mną za każdym razem. Tym razem karty nie zgubiłam. Za to osiągnęłam maksimum rezerwacji książek. Więcej nie wolno.
Śmieszna rzecz, ze w brooklyńskiej bibliotece jest więcej książek Jerzego Pilcha po angielsku niż po polsku. Za to Nicholasa Sparksa jest chyba więcej po polsku (tak, czytam czasem tego pana- nie można cały czas czytać ambitnie :)) Taka biblioteka to świetna rzecz. Zamawia sobie człowiek książkę i ją przywożą do mojego oddziału prostu na przykład z Greenpointu.
Będę się relaksować przy tym. Nawet okładka wygląda romantycznie :)
Śmieszna rzecz, ze w brooklyńskiej bibliotece jest więcej książek Jerzego Pilcha po angielsku niż po polsku. Za to Nicholasa Sparksa jest chyba więcej po polsku (tak, czytam czasem tego pana- nie można cały czas czytać ambitnie :)) Taka biblioteka to świetna rzecz. Zamawia sobie człowiek książkę i ją przywożą do mojego oddziału prostu na przykład z Greenpointu.
Będę się relaksować przy tym. Nawet okładka wygląda romantycznie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


