piątek, 23 grudnia 2011

czwartek, 22 grudnia 2011

Pod nóż

Semestr się skończył, ale chyba nie będzie mi dane zaznać świętego spokoju. Umówiłam się wreszcie na styczniową operację. Umówiłam się i nadal mam wątpliwości. Możliwe, że jeszcze odwołam, bo zastanawiam się nad Da Vinci. To taki robot, który pomaga chirurgom operować w środku człowieka przez małe nacięcia. Problemem może być termin na taką operację no i to, że mój lekarz tego nie zrobi, więc czekać mnie mogą kolejne wizyty i kolejne badania i kolejne czekanie, blach.
A zaczęło się tak: Potrzebuje pani toto usunąć. Ok. Jestem za, to kiedy. To ja powiem siostrze żeby ustaliła datę ze szpitalem i oddzwonimy. Nikt nie oddzwonił. Znalazłam innego lekarza, ale badania już miałam porobione, więc trzeba je było tylko przefaksować. To też okazało się za trudne. Po kilku tygodniach mojego wydzwaniania badania przesłano i wreszcie miałam moja wizytę u "najlepszego specjalisty w NY". Wizytę miałam wczoraj i jeszcze w poczekalni na kolanie rozwiazywałam zadania i udowadniałam twierdzenia, bo ostatnie zajęcia miałam wieczorem.
Pogadaliśmy trochę i nawet go polubiłam, aż on mi mówi, że nie robi operacji komputerowo i decyzja należy do mnie, czy chcę operację już teraz, czy za kilka miesięcy u innego lekarza, ale wtedy gojenie może być lepsze. Szczery przynajmniej był, bo powiedział mi też, że nie robi tego już bo za bardzo to było dla niego męczące. Nie każdy może operować tyle godzin, a tradycyjna metoda jest szybsza. Hmmmm. Najchętniej to miałabym tę operację już jutro, bo im dłużej czekam, tym czarniejsze scenariusze są w mojej głowie. Z drugiej strony jeśli mam się lepiej czuć po robocie, to może trzeba czekać. I chociaż blizny nie są moim największym zmartwieniem, to jednak lepiej jak będą najmniejsze.
Święty Mikołaju w tym roku proszę tylko o odrobinę spokoju i wprawna rękę chirurga.

piątek, 9 grudnia 2011

W oczekiwaniu

Kręćka dostaję pod koniec semestru i czasem mam wrażenie, że nawet na oddychanie szkoda czasu. Piszę, piszę i piszę. Rozwiązuję zadania, udowadniam twierdzenia, przygotowuję plany lekcji. Patrzę na zachwycone mordki dzieciaków, które właśnie odkryły jak przewidzieć kolor tysięcznego koralika. Moją pracą domowa zachwycam się dużo mniej. Wszystko szybko, byle szybciej, byle zdążyć.

Święta za pasem i kupiłam nową choinkę. Tak mi się podoba, że stoi już tydzień bez ozdób, bo i bez nich jest śliczna. Pewnie znajdę czas na dekoracje w ten weekend. W tym roku nie jestem Grinchem. Cieszą mnie uliczne dekoracje i cały ten nastrój. Czekam na Święta, bo wtedy będę wreszcie miała Święty spokój (świąteczny :)).

Znów nie miałam czasu czytać dla przyjemności. Same artykuły, biuletyny, nowe publikacje. Większość obowiązkowych czytadeł jest bardzo interesująca, ale chcę poczytać już coś innego. Zamówiłam sobie kilka fajnych książek- taki bożonarodzeniowy prezent dla samej siebie. Będę czytać w styczniu, bo od lutego znów szkoła.

niedziela, 27 listopada 2011

Black Friday, czyli pozbijajmy się w imię konsumpcji

Czy ja dopiero co napisałam, że Thanksgiving to najbardziej amerykańskie z amerykańskich świąt? Kajam się, bom pomyliła się przeogromnie. Najbardziej amerykańskim świętem jest piątek zaraz po Święcie Dziękczynienia. Co z tego, że nie jest wyróżniony na czerwono w kalendarzu? I tak część z nas nie pracująca w handlu ma wolne. Wstajemy skoro świt, yyyy... nie kładziemy się w ogóle spać po tłustym obiedzie, tylko wyruszamy w kolejkę przed sklep. Sklepy otwierają już o północy, więc jak docieramy tam o 9 pm w czwartek to jesteśmy gdzieś daleko w ogonku. Nic to, możemy wszak przynieść ze sobą gaz pieprzowy i tym znokautować ludzi przed nami. Tak właśnie zrobiła pewna pani w Los Angeles. Kiedy zobaczyła, że może nie dostać przecenionego produktu potraktowała dwadzieścia osób gazem. Niektóre strony podają, ze do sklepu przyszła z dwójką swoich dzieci. Chwalebne to bardzo, że od małego uczy ich jak ważnym świętem jest Black Friday i jak poważnie należy podchodzić do zakupów. Gdzieś indziej ktoś napadł na kogoś innego z nożem, ktoś został podeptany.

Nie będę tu kłamać, sama jestem łasa na tanie rzeczy. Ale po pierwsze muszą być to rzeczy których naprawdę potrzebuję, a po drugie muszą być naprawdę przecenione. Wystarczy usiąść i poszperać, żeby zorientować się, że te przeceny to zwykły pic na wodę. Nawet jeśli ma być coś taniego jak barszcz to będzie tego w sklepie trzy sztuki, co można łatwo wyczytać na ulotce. Poza tym ta sama rzecz będzie w takiej cenie i za tydzień, więc naprawdę nie ma się o co zabijać.
Sama w ten piątek kupiłam tylko antywirusa, po którego nie musiałam wstawać rano, ani stać w kolejce, a który był zupełnie za darmo.

czwartek, 24 listopada 2011

Thanksgiving po raz kolejny

Nie świętuję. Thanksgiving to święto chyba najbardziej amerykańskie ze wszystkich, a ja go nigdy nie rozumiałam. Może dlatego, że razi mnie wiele aspektów tego święta.
Najbardziej w Święcie Dziękczynienia podoba mi się właśnie to dziękczynienie. Czasem dobrze jest przypomnieć sobie te wszystkie rzeczy, które codziennie uważamy za oczywiste. Poczuć wdzięczność do losu, że jest tak, a nie inaczej.
Co rok rozglądam się dookoła i widzę w swoim życiu ludzi i rzeczy, które mnie uszczęśliwiają, albo chociaż wywołują uśmiech. Nie urządzam uczty, nie idę na paradę, ot jestem po prostu wdzięczna. Może to jest właśnie świętowanie.

wtorek, 15 listopada 2011

Ile Lat Ma Dwunastolatka

Praktyki w szkole przypominają mi, dlaczego kiedyś szkoły nie lubiłam. Powodem oczywiście byli nauczyciele. Ja pamiętam prawie samych takich, których teraz widuję sporadycznie. Wywołują we mnie odruch obronny, albo chęć ucieczki. Co robisz, nie wierć się. Nie potrafisz usiedzieć spokojnie? Dziewczyny nie śmiejcie się tak, nie ma z czego.Ciiiiszaaa! Przemyślcie zanim się odezwiecie, dajcie innym dojść do głosu. Nie przekrzykujcie się nawzajem... Tak strofuje pani z bardzo pretensjonalnym akcentem. Ciągle jej się coś nie podoba. Dzieciaki mówią za głośno, albo za cicho, nie mają manier, nie podnoszą ręki, zbiegają po schodach. po prostu robią to co każdy człowiek w ich wieku robił i będzie robił przez pokolenia.

Idziemy do hali na ceremonię rozdania medali sportowcom. Dziewczyny przede mną piszczą słysząc imiona swoich koleżanek: BRAWO SIATKARKI! BRAWO OBROŃCY! BRAWO PIŁKARKI! Pan za mną nie wytrzymuje i przechodzi do kibicek: Nie uważacie, że przesadzacie? są chyba jakieś granice. Powiem szczerze, ze sama miałam ochotę podskakiwać z radości z tymi dziewczynami, jak medal leadership w koszykówce dostała taka niziutka blondyneczka. Wielki duch w małym ciele :) Ale mnie, kurza stopa, nie wypada zachowywać się jak dwunastolatka. Jak widać dwunastolatkom też to nie przystoi.
Mam uczulenie na takich przeświętych, wiecznie strofujących nauczycieli. Nie znoszę słuchać narzekań na dzieciaki. Pozwólmy dwunastolatkom być dwunastolatkami. Uczmy ich odpowiedzialności akademickiej, ale nie starajmy się zrobić z nich dorosłych. Oni maja jeszcze czas. A ja wcale nie wierze, że dzieciaki czegokolwiek się nauczą w grobowej ciszy, to wbrew ich naturze i wbrew mojej. Wolę śmiech i kontrolowany chaos (ot taki mój ulubiony oksymoron).

piątek, 11 listopada 2011

Świętowanie...

Polska odzyskała niepodległość, wróciła na mapę świata. Ile to lat temu? 93? Włączmy muzykę, wywieśmy flagi, zaprośmy przyjaciół. Kupmy kolorowe balony, wyjdźmy na ulicę, przeparadujmy, cieszmy się. Zatańczmy poloneza, krakowiaka, mazurka, odśpiewajmy hymn. Cieszmy się. Cieszmy się, bo Polska, bo Polacy, bo jest z czego. Przecież lubimy Polskę.

Ale Polacy nie paradują, wolą demonstrować. Nie tańczą, wolą palić znicze. Nie zapraszają przyjaciół, wolą obrzucać nieprzyjaciół kamieniami. Nie wszyscy, a powiem nawet, że na pewno mniejszość. Ale większość siedzi w domach. Zaszczuci demonstracjami, pomnikami i zniczami. Słowo "święto" nie jest dla nich radosne, słowo "ojczyzna" nie jest lekkie i piękne, ale mroczne i ciąży jak głaz.
A ja czytam raporty z obchodów tego święta i myślę, że to nie moja bajka. Nie moja, bo ja przecież Polskę lubię.

Wolę tak:


czwartek, 27 października 2011

Słoiki i Warszawka, czyli "Wynocha, to Nasze Miasto!"

 Na jednym forum gazetowym znalazłam poboczną dyskusję warszawiaków z nie-warszawiakami, dotyczącą przyjeżdżania tych ostatnich do stolicy i zabierania pracy miejscowym. Napisałam celowo "stolicy", bo podobno rodowita warszawianka nigdy by tak nie powiedziała, tylko "słoiki" tak mówią. "Słoiki" to według dyskutantów ludzie wynajmujący kawalerki w Warszawie, kradnący pracę (która należy się rodowitym jak psu buda) i wyjeżdżający do domu rodzinnego po prowiant, czyli te słoiki. Ile tam złości w tym wątku, ktoś nawet proponuje punkty za pochodzenie z Warszawy (tęsknota za Gierkiem?) i to wszystko przy nazywaniu jedni drugich burakami, prostakami, warszawką i słoikami oczywiście. Ktoś nawet stwierdził, że "jak sie gada z jakims bialostocczaninem albo innym sloikiem, to czasami nie wiadomo w jakim on jezyku mowi".

To wszystko jakoś bardzo przypomina mi amerykańską dyskusję o prawie imigracyjnym. Te wszystkie głosy o zabieraniu pracy, kiedy nawet Amerykanom o nią trudno, o służbie zdrowia czy szkolnictwie. Jakiego tematu nie poruszysz- wszystkiemu winni imigranci. O tym, że imigranci przyczyniają się do rozwoju gospodarczego lepiej zapomnieć, o tym, ze głownie emigranci pchają amerykańską naukę do przodu nie wspomina nikt. Łatwiej mówić, że zarabiają amerykańskie dolary i wysyłają je do krajów swojego pochodzenia.

Narzekania na imigrantów słyszałam, chociaż głownie nie od nowojorczyków. Oni i tak są zewsząd i cieszy ich ta różnorodność. Nie słyszałam nigdy narzekań, że przyjeżdżają tu jacyś na przykład z Minnesoty i rodowitym pracę kradną. Ciekawe co porobiłoby się, gdyby do Polski zaczęli przyjeżdżać i osiedlać się ludzie, którzy mówiliby z zupełni innym innym akcentem, mieli inny kolor skóry albo religię i nie daj bogini oni dostawaliby pracę.

środa, 12 października 2011

Polska, Polska, Poooolskaaaa Parada 2011


Było ciapło, pięknie tłoczno i biało-czerwono oczywiście. Jak co roku Dzień Pułaskiego uczciła parada, która przeszła 5 Avenue. Kto przyszedl? Jak widać wszyscy- Rodzice przyprowadzili dzieci, Polskie szkoły swoich uczniów, żony- mężów cudzoziemców, mężowie takież zony. Nie zabrakło oczywiście kościołów, zgromadzeń naukowych, kółek zainteresowań czy kapel ludowych Ja bawiłam się świetnie w gronie Polaków i Polek, lub przyszywanych Polaków i Polek. Wśród uczestników było tak samo kolorowo jak na widowni a w przyszłym roku kto wie, może pójdę z paradą.
















 

Gościnnie na Ecodzien, czyli Some Walls Are...

sobota, 24 września 2011

W skrócie

Ja to jestem jednak leniwa, nie ma co. Jest o czym pisać, jest, ale ciągle nie mogę się zabrać. Nowy semestr się zaczął, a do nauki dochodzi jeszcze oczywiście praca, bo jakoś za te szkołę zapłacić trzeba. W dodatku spędzam 3-4 godziny dziennie na praktykach. Mam to szczęście, ze i pracę mam w miarę elastyczną pod względem czasu i nauczycielka prowadząca na praktykach idzie mi na rękę, też jeśli chodzi o czas.
Praktykę mam w dobrej szkole prywatnej, gdzie klasa przeludniona to taka, w której siedzi 19 nastolatków. To i zaangażowanie rodziców to największa różnica jaką widzę pomiędzy szkoła prywatną, a publiczną jak na razie. W prywatnej szkole kontakt z rodzicami jest zawsze kiedy istnieje taka potrzeba, a czasami nawet i bez potrzeby. W szkole publicznej spotyka się dzieciaki "niczyje". Takie, którymi nikt się nie interesują, które nie odrobią lekcji bo maja większe problemy niż szkoła. Nie mam złudzeń. Jak ktoś zastanawia się czy będzie dziś spać w domu i czy ojczym akurat nie wyjdzie na przepustkę to ułamki nie są wtedy na liście priorytetów. Dlatego też z dziećmi w prywatnej szkole jest mniej problemów dyscyplinarnych. Jak czasem usłyszę w stołówce jakiegoś nauczyciela narzekającego na ucznia to bierze mnie pusty śmiech, jak na przykład w środę.
- No wyobraź sobie co ten Kevin znowu zrobił. Wchodzi do klasy i jak zwykle żuje gumę jak krowa trawę- tu nauczycielka demonstruje jak krowa żuje. Codziennie mu mówię, żeby mi nawet z guma do klasy nie przychodził i codziennie znów przychodzi. Dziś znów mu mówię.
- I co wyrzucił?
- No wyrzucił od razu i powiedział nawet przepraszam, ale je nie chcę żeby mnie przepraszał, w 7 klasie powinien wiedzieć, że w szkole się gumy nie żuje.
Serio, takie mniej więcej są problemy z uczniami w tej szkole. Ja pamiętam z poprzedniego semestru moje doświadczenia w szkole publicznej i śmiech mnie ogarnia. A byłam w dobrej publicznej szkole. Czasami wydaje mi się, że nauczyciele zapominają, że uczniowie to tez ludzie z własnymi problemami i własnymi celami. I świetnie jeśli szkoła jest dla nich ważna, ale czasami po prostu nie jest. Jacyś dorośli narzucają na nich obowiązek nauki, to może ci dorośli powinni tez zadbać o to, żeby szkoła była na pierwszym miejscy zainteresowań. I nie mówię tu tylko o nauczycielach. Żaden nauczyciel nie uczyni twierdzenia Pitagorasa na tyle interesującym, żeby dziecko zapomniało o swoich wielkich problemach.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Zatrzęsło i se poszło

Akurat rozmawiałam z mamą przez skype jak poczułam, że zakręciło mi sie w głowie. Zaraz potem coś odciągnęło mnie od biurka i myślałam przez chwilę, że Szekspir chce się bawić. Zdarzyłam już nawet krzyknąć- Szekspir nie drap krzesła, ale nie było go nigdzie w pobliżu.

- Mamo, coś dziwnego się dzieje- mówię. Stolik do kawy się trzęsie a szyba z niego przesunęła się niebezpiecznie na jedną stronę. Potem spojrzałam na kwiatka a on jakby mu coś w liściach siedziało.
Pierwsze co pomyślałam- wybuch. Gdzieś coś wybuchło, gaz pewnie i o bogini zawali mi sie moje piękne mieszkanko. Tak, pomyślałam o mieszkanku, nie o własnym bezpieczeństwie.
- Może to trzęsienie ziemi? zasugerowała mama.
- No co ty mamuś, w Nowym Jorku nie ma trzęsień- powiedziała co wiedziała pani mądralińska- Huragan już prędzej, ale nie trzęsienie. Dla pewności jednak zajrzałam na klika stron internetowych, ale nic nie było w wiadomościach i już byłam pewna, że to ekipa remontowa coś spierdzieliła w budynku.
Pierwszą informacją potwierdzającą, że to jednak było trzęsienie ziemi były statusy znajomych na Facebook a później artykuł na polskiej stronie :)
Przez te kilkadziesiąt sekund nieźle się wystraszyłam. Zdecydowałam, że nie nadawałabym się do życia w Kalifornii gdzie takie rozrywki to chleb powszedni. Byłam zdenerwowana do końca dnia, nigdy nie myślałam, ze jestem taką panikarą .
Ponoć ludzie na Manhattanie myśleli, że to atak terrorystyczny. Tak jakby wszyscy się tego spodziewali i to stało się kwestia kiedy, a nie czy w ogóle. A teraz czekamy na huragan Irene i chociaż ma być łagodnie to niektórzy już panikują.



poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Siedem

Blogerzy to ekshibicjoniści, dlatego poprosić blogerkę by pisała o sobie to jak prezent bożonarodzeniowy. Bardzo chętnie pisze o sobie, ba, ja zawsze pisze o sobie. Kazać mi zatem, żebym wymieniła siedem rzeczy, o których jeszcze nie wiecie nie jest takie proste. Wydaje mi się, że niczego nie ukrywam. Nawet jak nie mówię o czymś wprost, to i tak wypsnie się tu i tam. Dodać do tego fakt, że w blogosferze funkcjonuję już parę ładnych latek, to wydaje się, że co bardziej dociekliwi/pamiętliwi znają mnie dobrze.

Oto siedem rzeczy, których możecie jednak nie wiedzieć.
1. Mój Monsz nosi takie samo imię jak chłopak, z którym się całowałam pierwszy raz i tak samo jak aktor, w którym się podkochiwałam ;)
2. Uwielbiam horrory. Najlepiej takie o zjawiskach nadprzyrodzonych. Im mniej prawdopodobne tym lepiej, no i muszą być dobrze zrobione. Te pełne krwi są do niczego.

3. Wzruszam się na ślubach, ale nie lubię tego pokazywać. Staram się zawsze powstrzymać łzy, ale to nie takie proste. Bo to takie romantyczne kiedy dwa gołąbki sobie ślubują :)

4. Tremują mnie wystąpienia przed dużą publicznością, zwłaszcza kiedy mam wygłosić cokolwiek wyuczonego na pamięć. Kiedy mówię własnymi słowami zdenerwowanie znika po pierwszym zdaniu. Nigdy nie miałam problemu w klasie. Czy to z dorosłymi, czy z dziećmi nie denerwuję się przed wejściem do klasy. No, może czasem. Kiedyś szef powiedział mi, ze przyjdzie do mnie na zajęcia trójka studentów, którzy grozili zrezygnowaniem ze szkoły, bo nie lubili nauczycieli. To mnie trochę zestresowało :)

5. Ludzie często przeżywają dysonans kiedy mój wygląd nie pasuje do mojej osobowości. Kiedyś zdarzało się to częściej bo byłam bardziej... hmmm bezkompromisowa? Teraz chyba złagodniałam, więc ten szok nie jest taki natychmiastowy. (Ci, którzy mnie znają dobrze teraz pewnie chichoczą- złagodniała dobre sobie). Ta różnica tyle razy działała na moją korzyść co przeciwko mnie...

6. Uwielbiam tańczyć. Przetańczenie całej nocy najlepiej w długiej sukni to dla mnie wzór romantycznej randki. Banalne?

7. Nauczyłam się pływać jak miałam 15 lat. Zajęło mi to kilka dni. Nikt nie wierzył, że można to poszłam i zdałam kartę pływacką. Nie mogłam się doczekać, żeby pochwalić się tacie, ale ratownik spotkał go po drodze i mu powiedział. Do tej pory mam do niego o to złość ;)

 No to macie siedem rzeczy, chociaż wcale nie jestem pewna, że nie wiedzieliście tego wcześniej.  Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć czegoś jeszcze to proszę pytać :) Postaram się odpowiedzieć.

piątek, 29 lipca 2011

Awantura o Krzyż


11 września 2001 roku w ratownicy znaleźli wystające z ruin World Trade Center zespawane belki stalowe. Dla ludzi głęboko wierzących było to jasny znak krzyża dający im otuchę (tak twierdzą). Krzyż stał w miejscu ruin bardzo długo, a teraz został przeniesiony do nowego muzeum World Trade Center.  I teraz odezwali się właśnie Amerykańscy Ateiści. Nie, nie zakrzyknęli wszyscy zgodnym chórem. Chodzi o organizację o tej nazwie, która pozywa muzeum do sądu żądając by krzyż, będący reprezentacją tylko jednej religii, został usunięty. Ateiści twierdzą, że muzeum odmówiło zamieszczenia w muzeum innych symboli religijnych czy światopoglądowych, dlatego domagają się usunięcie krzyża, albo zainstalowania również innych symboli, które maja reprezentować ludzi innych wyznań, którzy tam zginęli. 

Przedstawiciele muzeum twierdzą natomiast, że hałas jest o nic, bo w muzeum pojawia się inne symbole religijne. Krzyż był pierwszy, bo jest wielki i ponoć logistycznie tak najłatwiej.
Każde źródło mówi co innego od „Ci okropni chrześcijanie i ich bóg, który nie zadał sobie trudu zapobiec zamachowi innych fanatyków, którzy zrobili to w imię własnego boga” do „Ateiści czepiają się o wszystko i nawet ulica Strażaków 9/11 im przeszkadzała”. Gdzie przyłożysz ucho, to usłyszysz coś innego. 

Z jednej strony mnie krzyż nie przeszkadza, tak samo jak nie przeszkadzają mi manory, czy półksiężyce.  Jeśli komuś to przynosi jakąkolwiek pociechę, to czemu nie. Z drugiej strony o ile muzeum zamierza włączyć do swojej kolekcji symbole Żydowskie czy Chrześcijańskie, to jakoś nikt nie wspomina o muzułmanach, którzy tam zginęli. Było ich około 30 osób i być może komuś się wydawać, że w perspektywie całościowej to niewiele to jednak mówimy tu i 30 rodzinach, które straciły bliskich. Oni zasługują na pocieszenie i pamięć tak samo jak wyznawcy wszystkich innych religii. Nie słyszałam też, aby muzeum planowało wyróżnić ateistów w jakikolwiek sposób. Ponoć, zgłosili oni swój symbol pod rozwagę, ale zostali odrzuceni.

Nie wielki to pocieszenie, że nie tylko w Polsce są awantury o krzyż, ale ta tutejsza jakaś taka mniej awanturnicza.

niedziela, 24 lipca 2011

Niespodziewajka to dobra rzecz, czyli och jak bardzo mi miło i rozdawanie nagród

 Niespodzianka to nie zawsze miła rzecz, ale w tym tygodniu  niespodzianki przyszły w parze i najpierw mo luby zabrał mnie na fantastyczną randkę, a teraz Stardust zaprosiła mnie do zabawy. Warunki zabawy polegają miedzy innymi na nominowaniu blogów, które lubię, niestety nie można nominować blogu, od którego otrzymało się nominację, ale i tak polecam BLOG STARDUST, bo śmiech to zdrowie, a czytając ja sama paszcza się szczerzy. Drugim warunkiem zabawy jest powiedzenie o sobie siedmiu rzeczy, których czytelnicy jeszcze nie wiedzą.  No to lecimy:

Pozwolę sobie nominować 10 zamiast 16 blogów, co nie znaczy, że nie ma ich więcej. Wszystkie blogi w moich zakładkach warte są czytania i zachęcam do tego.
Nominuję:
- Sylwię z ROPA I TRAN, za to, że pisze fascynująco zarówno o ciekawych wycieczkach, jak i o sprawach bardziej przyziemnych
-Anetę z NA PERYFERIACH, bo pokazuje mi inną Amerykę w sposób zabawny i ciekawy
- SPOROTHRIX za głos rozsądku
- SALON NOWOJORSKI, bo ociąga się z pisaniem i może to ją zachęci. Wszyscy czekamy na Twoje posty
- Ewwwek z CHICAGO, za to, że jest pogodna nawet jak wiatr wieje w oczy
-  Odwodnik z NOTATEK NA MARGINESIE za opowieści o życiu w Polsce bez cienia goryczy i z nutką autoironii, ale kto byłby zgorzkniały mając taką Lolkę
- PAWIANA PRZY DRODZE za piękną formę i interesującą treść
- Beatę z ZASTĘPCZOŚCI za całokształt
- Futrzaka z NOTATEK NA MANKIETACH za rzeczowość i interesujące opinie
- oraz Elę z ECODZIEN za podróż w nieznane, ciągle gdzieś indziej
Wszystkie wyżej wymienione osoby proszone są o przyłączenie się do zabawy i odebranie nagrody, oto ona:



O przyłączenie się proszę również wszystkich tych, którzy zwyczajnie mają ochotę się pobawić.
Druga część zabawy polega na powiedzeniu o sobie siedmiu rzeczy, których czytelnicy bloga jeszcze by o mnie nie wiedzieli. To jest o tyle trudne, że wydaje mi się, iż w przeciągu tych kilku lat mówię o sobie bardzo dużo, a nawet jak nie mówię wprost to wypsnie mi się tu i ówdzie. Siedem rzeczy zatem napiszę w osobnym poście jak zastanowię się czym by się z Wami podzielić, bo nie chcę zanudzać Was takimi szczegółami jak moje drugie imię :)


No i oczywiście każda zabawa ma swoje zasady, oto i one:
- podziękuj i zalinkuj blogera/blogerkę od której dostałaś tę nagrodę,
- skopiuj i wklej logo na swoim blogu,
- napisz o sobie 7 rzeczy, o których Twoi czytelnicy jeszcze nie wiedzą
- nominuj 16 innych blogerów, z wyłączeniem tego, który Tobie przyznał nagrodę
  -napisz im komentarz, aby mogli przyłączyć się do zabawy
Zadzieram kiecę i lecę zatem powiadamiać :)

piątek, 15 lipca 2011

Uśmiech Proszę

Wszystkie te uśmiechy należą do osób, z którymi jakoś kiedyś się zetknęłam. Mały procent tych uśmiechów jest Made in America ;)


Amerykanie uśmiechają się często i do każdego. Podobno Nowojorczycy mniej niż gdzieś indziej, ale nie wierzcie w to. Nowojorczycy też rozdają uśmiechy na prawo i lewo- oczywiście jeśli już dojdzie do kontaktu wzrokowego. Inne nacje, inne kultury nie są tak skore do obdarzania każdego swymi uśmiechami. Polacy nie uśmiechają się tak często, a nawet zdarza się, że nie odwzajemnią uśmiechu. To w Polsce oczywiście, bo tutaj to i Polacy szczerzą ząbki chętnie i promiennie. Zwróciłam też uwagę, że mówiąc po angielsku bardziej się uśmiechają niż kiedy przechodzą na polski. Czyżby mówiąc po polsku byli nagle mniej zadowoleni ze swojego życia, mieli mniej powodów do radości? Oczywiście, że nie. Jednak każda kultura ma swoje prawa i ja dawno w Polsce nie byłam, ale z tego co pamiętam taki uśmiechający się do wszystkich osobnik był kimś dziwnym. A nie daj bogini iść po ulicy i uśmiechać się do swoich myśli. Kilka razy usłyszałam przez to, że wyglądam jak pomylona.
Nie tylko jednak Polacy nie są wyszczerzeni, ale inne nacje też nie uśmiechają się tak często jak Amerykanie.
Właścicielką pobliskiego warzywniaka jest Chinka. Bardzo miła, sympatyczna osoba. Uśmiecha się ciągle, mruży oczy kiwając głową (to chyba pozostałość charakterystycznych w tej kulturze pokłonów). Wczoraj poszłam tam po truskawki i jak zwykle wyszłam z pełnymi torbami. Jednym z produktów, które wzięłam była sałata. Pani nie wiedziała ile kosztuje. Zapytała mnie więc z uśmiechem, skąd wzięłam. Pokazałam jej a ona skinęła głową i znów się uśmiechnęła. I wtedy przeszła na Chiński. Powiedziała coś do swojego syna, co brzmiało dla nieprzyzwyczajonych uszu jak krzyk, chociaż wątpię żeby krzyczała- taki język po prostu. Z jej twarzy zniknął uśmiech. Pewnie było to:
- Stefku, ile ta sałata. To jakaś nowa.
- Tak nowa mamo, sama ją zamówiłaś. Nie wiem ile policz jej ile chcesz.
Pani wzruszyła ramionami i znów się uśmiechając powiedziała do mnie, że policzy mi dolara. Ja oczywiście też się uśmiechnęłam, zapłaciłam. Pani powiedziała dziękuje, ja również podziękowałam, a pani jeszcze życzyła mi miłego dnia jak byłam już przy wyjściu.
Potem poszłam do monopolowego po winko, gdzie również wymieniłam się uśmiechami z panią, zapytałam grzecznościowo z kim to rozmawia na skypie, powiedziałam że jej dziecko jest słodkie i poszłam do domu. Jak tylko zamknęły się za mną drzwi wykrzyczałam- Jest obiad?!

Uśmiechajcie się ludziska :)

środa, 13 lipca 2011

O pogodzie, ale nie o niczym

W Nowym Jorku znów upały. Uff i puff i w ogóle. Jest tak gorąco, ze myśleć można tylko w klimatyzowanych pomieszczeniach, bo na zewnątrz zanim myśl powstanie w mózgu to się rozpuści. I myśl i przepracowana szara komórka.

Nie wiem jak to jest, że złośliwość pogody zawsze psuje weekendy, a kiedy człowiek ma iść do pracy to rozpogadza się i słoneczko śmieje się z nas szyderczo. najlepszym przykładem długi weekend czwartolipcowy.

Człowiek miała wielką ochotę na spływ kajakowy, och jaką wielką. Umówiła się na niedziele, bo w sobotę nie chciało nam się wstawać wcześnie. A w rzeczoną niedzielę jak nie lunie, jak nie zagrzmi. Nic to, człowiek z jeszcze innymi ludziskami pojechała na miejsce gdzie olbrzymia grupa innych ludzików kempingowała sobie w najlepsze. Zanim dojechaliśmy to lało już kompletnie i słabo było widać cokolwiek. Mimo tego chcieliśmy wynająć sprzęt i płynąć. Nic z tego, za duży deszcz, za niebezpiecznie. Nikt nie wynajmie nam kajaków. Ok, posiedzieliśmy z grupą i wieczorem jak się rozpogodziło wróciliśmy do Nowego Jorku. Okazało się, że w Nowym Jorku trochę też padało, ale nie tak strasznie. Następnego dnia (Święto Niepodległości) w największe korki postanowiliśmy jechać na to samo miejsce.* Takie mieliśmy parcie na te kajaki.

Było pięknie, słonecznie i byliśmy pewni, że już nic nam nie przeszkodzi. Nic z tego. Przez noc woda zaczęła spływać z górek i pagórków całymi wodospadami do rzeki i nikt na tym odcinku Delaware nie chciał wypożyczyć nam kajaków. A przejechaliśmy kawałek, pytając wszędzie. Wszędzie słyszeliśmy, że rzeka jest rwąca, niebezpieczna, głęboka.
Wzięliśmy zatem ponton, ale to nie to samo. Ponton jest powolny, ciężki w sterowaniu, ciężko się wiosłuje, a poza tym nie da rady wypożyczyć ponton na jedną osobę. Widoki nadal były piękne, ale pogoda z poprzedniego dnia nawet wtedy zdołała pokrzyżować nam plany.















A to ostatnie zdjęcie dla ochłody w tych gorących dniach.



*
Zastanawiacie się pewnie dlaczego nie zostaliśmy na noc, skoro cała grupa kempingowała. Otóż musieliśmy wracać, bo Szekspir cały czas choruje i musimy dawać mu lekarstwa. Poprosić kogoś, żeby nakarmił kota pod naszą nieobecność to jedno, a poprosić, żeby kotu wstrzykiwał lekarstwo do paszczki to już co innego.