Czy ja dopiero co napisałam, że Thanksgiving to najbardziej amerykańskie z amerykańskich świąt? Kajam się, bom pomyliła się przeogromnie. Najbardziej amerykańskim świętem jest piątek zaraz po Święcie Dziękczynienia. Co z tego, że nie jest wyróżniony na czerwono w kalendarzu? I tak część z nas nie pracująca w handlu ma wolne. Wstajemy skoro świt, yyyy... nie kładziemy się w ogóle spać po tłustym obiedzie, tylko wyruszamy w kolejkę przed sklep. Sklepy otwierają już o północy, więc jak docieramy tam o 9 pm w czwartek to jesteśmy gdzieś daleko w ogonku. Nic to, możemy wszak przynieść ze sobą gaz pieprzowy i tym znokautować ludzi przed nami. Tak właśnie zrobiła pewna pani w Los Angeles. Kiedy zobaczyła, że może nie dostać przecenionego produktu potraktowała dwadzieścia osób gazem. Niektóre strony podają, ze do sklepu przyszła z dwójką swoich dzieci. Chwalebne to bardzo, że od małego uczy ich jak ważnym świętem jest Black Friday i jak poważnie należy podchodzić do zakupów. Gdzieś indziej ktoś napadł na kogoś innego z nożem, ktoś został podeptany.
Nie będę tu kłamać, sama jestem łasa na tanie rzeczy. Ale po pierwsze muszą być to rzeczy których naprawdę potrzebuję, a po drugie muszą być naprawdę przecenione. Wystarczy usiąść i poszperać, żeby zorientować się, że te przeceny to zwykły pic na wodę. Nawet jeśli ma być coś taniego jak barszcz to będzie tego w sklepie trzy sztuki, co można łatwo wyczytać na ulotce. Poza tym ta sama rzecz będzie w takiej cenie i za tydzień, więc naprawdę nie ma się o co zabijać.
Sama w ten piątek kupiłam tylko antywirusa, po którego nie musiałam wstawać rano, ani stać w kolejce, a który był zupełnie za darmo.
niedziela, 27 listopada 2011
czwartek, 24 listopada 2011
Thanksgiving po raz kolejny
Nie świętuję. Thanksgiving to święto chyba najbardziej amerykańskie ze wszystkich, a ja go nigdy nie rozumiałam. Może dlatego, że razi mnie wiele aspektów tego święta.
Najbardziej w Święcie Dziękczynienia podoba mi się właśnie to dziękczynienie. Czasem dobrze jest przypomnieć sobie te wszystkie rzeczy, które codziennie uważamy za oczywiste. Poczuć wdzięczność do losu, że jest tak, a nie inaczej.
Co rok rozglądam się dookoła i widzę w swoim życiu ludzi i rzeczy, które mnie uszczęśliwiają, albo chociaż wywołują uśmiech. Nie urządzam uczty, nie idę na paradę, ot jestem po prostu wdzięczna. Może to jest właśnie świętowanie.
Najbardziej w Święcie Dziękczynienia podoba mi się właśnie to dziękczynienie. Czasem dobrze jest przypomnieć sobie te wszystkie rzeczy, które codziennie uważamy za oczywiste. Poczuć wdzięczność do losu, że jest tak, a nie inaczej.
Co rok rozglądam się dookoła i widzę w swoim życiu ludzi i rzeczy, które mnie uszczęśliwiają, albo chociaż wywołują uśmiech. Nie urządzam uczty, nie idę na paradę, ot jestem po prostu wdzięczna. Może to jest właśnie świętowanie.
wtorek, 15 listopada 2011
Ile Lat Ma Dwunastolatka
Praktyki w szkole przypominają mi, dlaczego kiedyś szkoły nie lubiłam. Powodem oczywiście byli nauczyciele. Ja pamiętam prawie samych takich, których teraz widuję sporadycznie. Wywołują we mnie odruch obronny, albo chęć ucieczki. Co robisz, nie wierć się. Nie potrafisz usiedzieć spokojnie? Dziewczyny nie śmiejcie się tak, nie ma z czego.Ciiiiszaaa! Przemyślcie zanim się odezwiecie, dajcie innym dojść do głosu. Nie przekrzykujcie się nawzajem... Tak strofuje pani z bardzo pretensjonalnym akcentem. Ciągle jej się coś nie podoba. Dzieciaki mówią za głośno, albo za cicho, nie mają manier, nie podnoszą ręki, zbiegają po schodach. po prostu robią to co każdy człowiek w ich wieku robił i będzie robił przez pokolenia.
Idziemy do hali na ceremonię rozdania medali sportowcom. Dziewczyny przede mną piszczą słysząc imiona swoich koleżanek: BRAWO SIATKARKI! BRAWO OBROŃCY! BRAWO PIŁKARKI! Pan za mną nie wytrzymuje i przechodzi do kibicek: Nie uważacie, że przesadzacie? są chyba jakieś granice. Powiem szczerze, ze sama miałam ochotę podskakiwać z radości z tymi dziewczynami, jak medal leadership w koszykówce dostała taka niziutka blondyneczka. Wielki duch w małym ciele :) Ale mnie, kurza stopa, nie wypada zachowywać się jak dwunastolatka. Jak widać dwunastolatkom też to nie przystoi.
Mam uczulenie na takich przeświętych, wiecznie strofujących nauczycieli. Nie znoszę słuchać narzekań na dzieciaki. Pozwólmy dwunastolatkom być dwunastolatkami. Uczmy ich odpowiedzialności akademickiej, ale nie starajmy się zrobić z nich dorosłych. Oni maja jeszcze czas. A ja wcale nie wierze, że dzieciaki czegokolwiek się nauczą w grobowej ciszy, to wbrew ich naturze i wbrew mojej. Wolę śmiech i kontrolowany chaos (ot taki mój ulubiony oksymoron).
Idziemy do hali na ceremonię rozdania medali sportowcom. Dziewczyny przede mną piszczą słysząc imiona swoich koleżanek: BRAWO SIATKARKI! BRAWO OBROŃCY! BRAWO PIŁKARKI! Pan za mną nie wytrzymuje i przechodzi do kibicek: Nie uważacie, że przesadzacie? są chyba jakieś granice. Powiem szczerze, ze sama miałam ochotę podskakiwać z radości z tymi dziewczynami, jak medal leadership w koszykówce dostała taka niziutka blondyneczka. Wielki duch w małym ciele :) Ale mnie, kurza stopa, nie wypada zachowywać się jak dwunastolatka. Jak widać dwunastolatkom też to nie przystoi.
Mam uczulenie na takich przeświętych, wiecznie strofujących nauczycieli. Nie znoszę słuchać narzekań na dzieciaki. Pozwólmy dwunastolatkom być dwunastolatkami. Uczmy ich odpowiedzialności akademickiej, ale nie starajmy się zrobić z nich dorosłych. Oni maja jeszcze czas. A ja wcale nie wierze, że dzieciaki czegokolwiek się nauczą w grobowej ciszy, to wbrew ich naturze i wbrew mojej. Wolę śmiech i kontrolowany chaos (ot taki mój ulubiony oksymoron).
piątek, 11 listopada 2011
Świętowanie...
Polska odzyskała niepodległość, wróciła na mapę świata. Ile to lat temu? 93? Włączmy muzykę, wywieśmy flagi, zaprośmy przyjaciół. Kupmy kolorowe balony, wyjdźmy na ulicę, przeparadujmy, cieszmy się. Zatańczmy poloneza, krakowiaka, mazurka, odśpiewajmy hymn. Cieszmy się. Cieszmy się, bo Polska, bo Polacy, bo jest z czego. Przecież lubimy Polskę.
Ale Polacy nie paradują, wolą demonstrować. Nie tańczą, wolą palić znicze. Nie zapraszają przyjaciół, wolą obrzucać nieprzyjaciół kamieniami. Nie wszyscy, a powiem nawet, że na pewno mniejszość. Ale większość siedzi w domach. Zaszczuci demonstracjami, pomnikami i zniczami. Słowo "święto" nie jest dla nich radosne, słowo "ojczyzna" nie jest lekkie i piękne, ale mroczne i ciąży jak głaz.
A ja czytam raporty z obchodów tego święta i myślę, że to nie moja bajka. Nie moja, bo ja przecież Polskę lubię.
Wolę tak:
Ale Polacy nie paradują, wolą demonstrować. Nie tańczą, wolą palić znicze. Nie zapraszają przyjaciół, wolą obrzucać nieprzyjaciół kamieniami. Nie wszyscy, a powiem nawet, że na pewno mniejszość. Ale większość siedzi w domach. Zaszczuci demonstracjami, pomnikami i zniczami. Słowo "święto" nie jest dla nich radosne, słowo "ojczyzna" nie jest lekkie i piękne, ale mroczne i ciąży jak głaz.
A ja czytam raporty z obchodów tego święta i myślę, że to nie moja bajka. Nie moja, bo ja przecież Polskę lubię.
Wolę tak:
czwartek, 10 listopada 2011
czwartek, 27 października 2011
Słoiki i Warszawka, czyli "Wynocha, to Nasze Miasto!"
Na jednym forum gazetowym znalazłam poboczną dyskusję warszawiaków z nie-warszawiakami, dotyczącą przyjeżdżania tych ostatnich do stolicy i zabierania pracy miejscowym. Napisałam celowo "stolicy", bo podobno rodowita warszawianka nigdy by tak nie powiedziała, tylko "słoiki" tak mówią. "Słoiki" to według dyskutantów ludzie wynajmujący kawalerki w Warszawie, kradnący pracę (która należy się rodowitym jak psu buda) i wyjeżdżający do domu rodzinnego po prowiant, czyli te słoiki. Ile tam złości w tym wątku, ktoś nawet proponuje punkty za pochodzenie z Warszawy (tęsknota za Gierkiem?) i to wszystko przy nazywaniu jedni drugich burakami, prostakami, warszawką i słoikami oczywiście. Ktoś nawet stwierdził, że "jak sie gada z jakims bialostocczaninem albo innym sloikiem, to czasami nie wiadomo w jakim on jezyku mowi".
To wszystko jakoś bardzo przypomina mi amerykańską dyskusję o prawie imigracyjnym. Te wszystkie głosy o zabieraniu pracy, kiedy nawet Amerykanom o nią trudno, o służbie zdrowia czy szkolnictwie. Jakiego tematu nie poruszysz- wszystkiemu winni imigranci. O tym, że imigranci przyczyniają się do rozwoju gospodarczego lepiej zapomnieć, o tym, ze głownie emigranci pchają amerykańską naukę do przodu nie wspomina nikt. Łatwiej mówić, że zarabiają amerykańskie dolary i wysyłają je do krajów swojego pochodzenia.
Narzekania na imigrantów słyszałam, chociaż głownie nie od nowojorczyków. Oni i tak są zewsząd i cieszy ich ta różnorodność. Nie słyszałam nigdy narzekań, że przyjeżdżają tu jacyś na przykład z Minnesoty i rodowitym pracę kradną. Ciekawe co porobiłoby się, gdyby do Polski zaczęli przyjeżdżać i osiedlać się ludzie, którzy mówiliby z zupełni innym innym akcentem, mieli inny kolor skóry albo religię i nie daj bogini oni dostawaliby pracę.
To wszystko jakoś bardzo przypomina mi amerykańską dyskusję o prawie imigracyjnym. Te wszystkie głosy o zabieraniu pracy, kiedy nawet Amerykanom o nią trudno, o służbie zdrowia czy szkolnictwie. Jakiego tematu nie poruszysz- wszystkiemu winni imigranci. O tym, że imigranci przyczyniają się do rozwoju gospodarczego lepiej zapomnieć, o tym, ze głownie emigranci pchają amerykańską naukę do przodu nie wspomina nikt. Łatwiej mówić, że zarabiają amerykańskie dolary i wysyłają je do krajów swojego pochodzenia.
Narzekania na imigrantów słyszałam, chociaż głownie nie od nowojorczyków. Oni i tak są zewsząd i cieszy ich ta różnorodność. Nie słyszałam nigdy narzekań, że przyjeżdżają tu jacyś na przykład z Minnesoty i rodowitym pracę kradną. Ciekawe co porobiłoby się, gdyby do Polski zaczęli przyjeżdżać i osiedlać się ludzie, którzy mówiliby z zupełni innym innym akcentem, mieli inny kolor skóry albo religię i nie daj bogini oni dostawaliby pracę.
sobota, 22 października 2011
środa, 12 października 2011
Polska, Polska, Poooolskaaaa Parada 2011
Było ciapło, pięknie tłoczno i biało-czerwono oczywiście. Jak co roku Dzień Pułaskiego uczciła parada, która przeszła 5 Avenue. Kto przyszedl? Jak widać wszyscy- Rodzice przyprowadzili dzieci, Polskie szkoły swoich uczniów, żony- mężów cudzoziemców, mężowie takież zony. Nie zabrakło oczywiście kościołów, zgromadzeń naukowych, kółek zainteresowań czy kapel ludowych Ja bawiłam się świetnie w gronie Polaków i Polek, lub przyszywanych Polaków i Polek. Wśród uczestników było tak samo kolorowo jak na widowni a w przyszłym roku kto wie, może pójdę z paradą.
sobota, 24 września 2011
W skrócie
Ja to jestem jednak leniwa, nie ma co. Jest o czym pisać, jest, ale ciągle nie mogę się zabrać. Nowy semestr się zaczął, a do nauki dochodzi jeszcze oczywiście praca, bo jakoś za te szkołę zapłacić trzeba. W dodatku spędzam 3-4 godziny dziennie na praktykach. Mam to szczęście, ze i pracę mam w miarę elastyczną pod względem czasu i nauczycielka prowadząca na praktykach idzie mi na rękę, też jeśli chodzi o czas.
Praktykę mam w dobrej szkole prywatnej, gdzie klasa przeludniona to taka, w której siedzi 19 nastolatków. To i zaangażowanie rodziców to największa różnica jaką widzę pomiędzy szkoła prywatną, a publiczną jak na razie. W prywatnej szkole kontakt z rodzicami jest zawsze kiedy istnieje taka potrzeba, a czasami nawet i bez potrzeby. W szkole publicznej spotyka się dzieciaki "niczyje". Takie, którymi nikt się nie interesują, które nie odrobią lekcji bo maja większe problemy niż szkoła. Nie mam złudzeń. Jak ktoś zastanawia się czy będzie dziś spać w domu i czy ojczym akurat nie wyjdzie na przepustkę to ułamki nie są wtedy na liście priorytetów. Dlatego też z dziećmi w prywatnej szkole jest mniej problemów dyscyplinarnych. Jak czasem usłyszę w stołówce jakiegoś nauczyciela narzekającego na ucznia to bierze mnie pusty śmiech, jak na przykład w środę.
- No wyobraź sobie co ten Kevin znowu zrobił. Wchodzi do klasy i jak zwykle żuje gumę jak krowa trawę- tu nauczycielka demonstruje jak krowa żuje. Codziennie mu mówię, żeby mi nawet z guma do klasy nie przychodził i codziennie znów przychodzi. Dziś znów mu mówię.
- I co wyrzucił?
- No wyrzucił od razu i powiedział nawet przepraszam, ale je nie chcę żeby mnie przepraszał, w 7 klasie powinien wiedzieć, że w szkole się gumy nie żuje.
Serio, takie mniej więcej są problemy z uczniami w tej szkole. Ja pamiętam z poprzedniego semestru moje doświadczenia w szkole publicznej i śmiech mnie ogarnia. A byłam w dobrej publicznej szkole. Czasami wydaje mi się, że nauczyciele zapominają, że uczniowie to tez ludzie z własnymi problemami i własnymi celami. I świetnie jeśli szkoła jest dla nich ważna, ale czasami po prostu nie jest. Jacyś dorośli narzucają na nich obowiązek nauki, to może ci dorośli powinni tez zadbać o to, żeby szkoła była na pierwszym miejscy zainteresowań. I nie mówię tu tylko o nauczycielach. Żaden nauczyciel nie uczyni twierdzenia Pitagorasa na tyle interesującym, żeby dziecko zapomniało o swoich wielkich problemach.
Praktykę mam w dobrej szkole prywatnej, gdzie klasa przeludniona to taka, w której siedzi 19 nastolatków. To i zaangażowanie rodziców to największa różnica jaką widzę pomiędzy szkoła prywatną, a publiczną jak na razie. W prywatnej szkole kontakt z rodzicami jest zawsze kiedy istnieje taka potrzeba, a czasami nawet i bez potrzeby. W szkole publicznej spotyka się dzieciaki "niczyje". Takie, którymi nikt się nie interesują, które nie odrobią lekcji bo maja większe problemy niż szkoła. Nie mam złudzeń. Jak ktoś zastanawia się czy będzie dziś spać w domu i czy ojczym akurat nie wyjdzie na przepustkę to ułamki nie są wtedy na liście priorytetów. Dlatego też z dziećmi w prywatnej szkole jest mniej problemów dyscyplinarnych. Jak czasem usłyszę w stołówce jakiegoś nauczyciela narzekającego na ucznia to bierze mnie pusty śmiech, jak na przykład w środę.
- No wyobraź sobie co ten Kevin znowu zrobił. Wchodzi do klasy i jak zwykle żuje gumę jak krowa trawę- tu nauczycielka demonstruje jak krowa żuje. Codziennie mu mówię, żeby mi nawet z guma do klasy nie przychodził i codziennie znów przychodzi. Dziś znów mu mówię.
- I co wyrzucił?
- No wyrzucił od razu i powiedział nawet przepraszam, ale je nie chcę żeby mnie przepraszał, w 7 klasie powinien wiedzieć, że w szkole się gumy nie żuje.
Serio, takie mniej więcej są problemy z uczniami w tej szkole. Ja pamiętam z poprzedniego semestru moje doświadczenia w szkole publicznej i śmiech mnie ogarnia. A byłam w dobrej publicznej szkole. Czasami wydaje mi się, że nauczyciele zapominają, że uczniowie to tez ludzie z własnymi problemami i własnymi celami. I świetnie jeśli szkoła jest dla nich ważna, ale czasami po prostu nie jest. Jacyś dorośli narzucają na nich obowiązek nauki, to może ci dorośli powinni tez zadbać o to, żeby szkoła była na pierwszym miejscy zainteresowań. I nie mówię tu tylko o nauczycielach. Żaden nauczyciel nie uczyni twierdzenia Pitagorasa na tyle interesującym, żeby dziecko zapomniało o swoich wielkich problemach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

